This is the end 2012-03-07 19:43:47

Zamykam bloga. Ale po kolei.
W ostatnich dniach dużo się działo, głównie – posypało, chyba.
Czytałem, pobieżnie, ale jednak, II tom i III (jeszcze wciąż nieukończony) mojego pamiętnika. Zdziwiło mnie, ile tam było emocji, lekkości, otwartości i nieskrępowania. Dużo ludzi postrzega tego bloga jako bardzo ekshibicjonistycznego – zdziwię was: on jest silnie przeze mnie cenzurowany. A uważam że jakość moich osobistych wpisów w pamiętniku spadła, kiedy w miarę regularnie zacząłem pisać w sieci. A ja chyba chcę to mieć dla siebie bardziej, czas być egoistą.
Pamiętniki zresztą czytam jako pracę terapeutyczną. Uważam, że ich roboczym tytułem powinna być Historia choroby. Chcę spróbować znaleźć w nich oparcie, pomoc, poobserwować powtarzające się schematy, zachowania, lęki, słowa… Chcę się sobie przyjrzeć.
Zasmucę też tych, którzy trzymali za mnie kciuki. Złożyłem dziś podanie o komisję lekarską w celu uzyskania urlopu zdrowotnego. Nie daję sobie rady. Właściwie, można by powiedzieć, że czuję się mocno przegrany.
Jestem chory, tak czysto fizycznie. Moja waga spada, moje ciało niedomaga. Na SGH i tak miałem zaległości. W tym tygodniu miałem je nadrobić. A tu rozwolnienie, gorączka, boli wszystko, nic tylko wracam do domu i idę spać.
Bardzo boję się, że zabraknie mi studiów. Że już nie będę miał celu. Że potem jeszcze skończy się terapia, a ja zostanę bez niczego. Ale wydaje mi się, że jeśli tak ma być, to znaczy, że te studia nie były dla mnie. Bowiem powinienem czuć, że chcę tam iść, a nie, że one trzymają mnie w ryzach.
Marzę o tym, co zrobię z wolnym czasem i uśmiecham się jak dziecko. W myślach widzę siebie i jakiegoś naprawdę fajnego chłopaka, którego będę miał możliwość poznać prawdziwie, bo nie będę ciągle gdzieś biegał.
I dużo myślę o Bogu, ale to dlatego, że chodź w niego nie wierzę, to, nie wiem sam, mam jakiś sentyment? Był przecież moim bliższym znajomym na pewnym etapie mojego życia. Poznanie, że Go nie ma było dla mnie bardzo smutne.
Bloga, choć zamykam, to długo jeszcze nie zlikwiduję. Będzie mi potrzebny, również jako materiał do pracy nad sobą, jako szczególny zapis historii Stasia współczesnej.
Zupełnie nie wiem, czy dobrze postępuję. Mam masę niepewności. Ale… czuję teraz taką ulgę. Czuję się wolny.

skomentuj (4)

Suma wszystkich strachów 2012-03-04 01:16:09

I jak to w głupich rozmowach (głupich... pojęcie wzgledne) powstaje czasem wartościowa myśl... Zaskakujące.
Posłużę się cytatem: nigdy nikt mi nie pozwala dominować! Jedno zdanie, a ile uzmysławia.
Mam świadomość swojej siły. Mocy manipulowania, z której z dawien nie korzystam. To, co wprowadziło mnie w problemy (co już zaskakujące nie jest) to ten totalny brak kontroli. Ma to jednak jakiś głębszy wymiar. Nie chodzi już o kontrolowanie zewnętrza, ale też własnego ciała i psychiki. To budzi lęk, niepokój i zwątpienie. Uderza w fundament każdego procesu decyzyjnego - że efekt jest ode mnie zależny. A co jeśli zaczynasz czuć, że wcale tak nie jest?
Idealnym układem jest, kiedy ktoś pozwala mi w momencie, kiedy mam przewagę, z niej nie skorzystać i nie poczytuje tego jako moją słabość, a jednocześnie uprawia taką samą politykę. Kiedy możemy być dla siebie partnerami totalnymi.
A jednak, w sferze prywatnej trafiam na ludzi, którzy chcą mnie kontrolować. Dziwne, że dominacja intelektualna i emocjonalna często idzie w parze z chęcia dominacji seksualnej. Może to we mnie jest coś takiego, co wzbudza takie reakcje?
Mam nieposkładane myśli. Mam problem z kontrolingiem. A może to jest głębsze, może to zakorzeniony problem z zaufaniem?

skomentuj (1)

Golden Virginia 2012-03-02 22:42:45

Wróciłem z terapii do domu. To jest, dojechałem na SGH, ale uznałem, że wrócę, bo gnije mi ucho. I palec. To skomplikowane. Soda oczyszczona pomaga na wszystko. Poszedłem spać.
Pierwszy sen to jakiś total. Byłem w wysokim wieżowcu na Ochocie, który stał obok mojego dawnego bloku. Wszedłem do windy, ale tam... była przestronna łazienka. Wysikałem się, bo szukałem imprezy (?!). Kiedy otworzyłem drzwi, aby wyjść, z konspirą weszły dwie dziewczyny. Też się wysikały. Kiedy już wyszliśmy stamtąd razem, dorwała nas babcia klozetowa. Ja zapłaciłem 5 zł, a koleżanki po 4. Zdziwiłem sie, co tak drogo
- Toaleta z góry płatna 20 zl, a Pan chciał oszukać. 4 osoby najwięcej.
- Jak 4 osoby?!
- Wchodzisz sam - 20, wchodzisz we dwójkę - po 10. Pan głupi?
- To dlaczego one zapłaciły po 4,-?!
- Jak Pan chce, to ja policję wezwę i bez problemów!
Wtedy spotkałem Radka. Radek nie miał zarostu i powiedział mi, gdzie jest impreza. Nazwa nie była mi znana, lokalizacja też nie. Zauważyłem kątem oka Panią Doktor - pomyślałem, że sprawa z toaletą to część leczenia i chcieli sprawdzić moje reakcje na absurd.
Poszedłem do owego klubu. Na wejściu był śmieszny typek, zalany, więc z nim flirtowałem. Był starszy i nie mialo to kontekstu seksualnego. Wyśmiał GO jednak jego znajomy, że zarywa jakiegoś paszczura. Że co?! Że ja paszczur? O nie, nie, nie.
Obudziła mnie mama, był obiad. Zjadłem, całkiem smaczny. Polubiłem orzeszki piniowe. No, chyba że to nie były one.
Poszedłem spać dalej. Zorganizowałem imprezę, tzn. posiadówę-bifora, ale zasnąłem i nie obudziłem się na przyjście na gosci. Gości zabawiał mój brat Paweł ze swoim bliskim kolegą. Byłem wściekły, że mnie nie obudził. W salonie siedziała Korasek i Nadia. W pokoju Pawła byli... I to mi nawet nie przejdzie przez gardło. Nie w przestrzeni publicznej. Ale chyba moja podświadomość podpowiada mi coś dosadniejszego niż głupie senne brednie.
To jest dopiero absurd, jakaś jedna wielka parabola. Idziesz spać, żeby odsapnąć, odpocząć, odpocząć bądź co bądź od rzeczywistości. A ona w fantazyjnej formie dopada cię z całą swoją złożonością.

skomentuj (0)

Ładny chłopak robił sobie zdjęcia codziennie przez cztery lata. Zobacz: SZOK! 2012-02-26 13:19:22

Po piątkowym napadzie coś się zmieniło. Jeszcze sobotę przeżyłem zeschizowany, co miał "przyjemność" doświadczyć Wojtek. I Ewa. Nie wiem, czy kiedyś widziała mnie płaczącego. Płaczącego właśnie tak. Tak bezbronnie, smutno, przeszywająco, boleśnie i szczerze. Miałem potem trochę wyrzuty sumienia, trochę, że jako jedna z najbliższych jej osób, powinienem jednak utrzymac autorytet człowieka arcysilnego. Ale prawda jest taka, że zawsze należy sobie dawać prawo do bycia słabym.
Począwszy od poniedziałku spać nie mogłem. Wierciłem się, nużyłem leżeniem, zasypiałem i przebudzałem. Byłem wymęczony. Ale jestem (a przynajmniej moje ciało jest) wybitnie uspokojony, płaski.
Zobaczę jeszcze, jak wyjdzie mi połączenie Uczelnia-Terapia. Początek jest taki, że jestem styrany. Ale dam radę.
Pomógł mi Sławek. Jego zabieg psychologiczny, choć bardzo rodem z książek Grocholi, zadziałał.
Muszę iść na Uczelnię - zła konstrukcja
Chcę zdobyć dobrą pracę, więc muszę iść na Uczelnię - konstrukcja poprawna

A co dał mi kolejny weekend? Stymulujące intelektualnie piątkowe towarzyswo. Naprawdę żałuję, że nie noszę przy sobie kajetu, aby zapisywać wszystkie te złote myśli, które pojawiają się w rozmowach. Piątej nocy tygodnia trzęsło nimi z całą płodnością naszych umysłów.
- Miałem wczoraj makijaż.
- Wow. Z jakiej okazji?
- Była impreza. A nawet trzy.
- Szaleństwo!
Tak, trochę manię mam. Dobrze się z tym czuję. Wybawiłem się. Jestem zadowolony. Naładowany emocjami i obcowaniem z pięknem na nadchodzące boje.
Я - маленькая балерина,
Всегда нема, всегда нема,
И скажет больше пантомима,
Чем я сама.

skomentuj (1)

I'm so tired of being scared 2012-02-18 15:14:15

Mam już dosyć tego życia w strachu. W strachu przed nieuzasadnionym bólem i cierpieniem, śmierci się nie boję (choć gdybym miał zginąć w płomieniach, przekląłbym tę planetę).
Dostałem za swoje, za swoją próżność.
W latach 90-ych modnym słowem była melancholia. Dzisiaj jest nim próżność.
Na spotkaniach grupy i w rozmowach prywatnych podkreślałem, jak to jest lepiej. Bo rzeczywiście, jakby jest. Jakby. Wczoraj miałem pierwszy od października "napad". Nie tam jakiś pieprzony lęk w zatłoczonym klubie, nie. Zacząłem czuć się źle. Przeczuwałem, że to coś więcej niż zwykły niepokój, lęk. To było fizyczne, namacalne. W tył zwrot i wracam do domu.
W metrze zaczęła mi drętwieć twarz. Nie mogłem złapać oddechu. Liczyłem w myślach, żeby robić 10-12 oddechów na minutę, ale wciąż się dusiłem, nie mogłem. Lewą dłoń zaczęło mi raz po raz skręcać w stronę ciała. Jednocześnie spinały mi się mięśnie między łopatkami, powodując, że wypychałem klatkę piersiową do przodu.
Zrobiłem sobie test: uśmiech-skomplikowane zdanie. Uśmiechnąłem się jedną stroną twarzy. Zdanie wybełkotałem. Przeraziłem się.
W metrze spotkałem kolegę, uratował mi spokój. Ale kiedy wyszedłem...
Pusta ulica. Strach. Przeświadczenie, że umrę. Że zaraz umrę. Na pewno, to się stanie, bezsprzecznie. Parłem do przodu, ale zacząłem mieć nogi tak samo niemanualne, "niechwytne" jak dłonie. Prawa stopa wykręciła mi się w kierunki osi ciała. Bałem się, że się wywrócę. Nie mogłem zbytnio iść. Mój przełyk kurczył się. Obraz zaczął mglić na peryferiach. Świadomość? - coś jak gdyby zaczęło odpływać...
Najgorzej było z oddechem, to duszenie się, to jest straszne, to jest coś, czego nie jest się w stanie kontrolować.
Doszedłem do domu. Jakoś. I doszła do mnie smutna prawda - to nie minie. Napady paranoi, lęku, nerwica - to konsekwencja poczucia ciągłęgo zagrożenia, w którym żyję. Zagrożenia wywołanego FIZYCZNĄ, a nie psychiczną przypadłością.
Jest jednak światełko. Dziś "dzień po", a ja nie roztrząsam tego, nie zakapturzam się kołdrą i właśnie idę na miasto. To na plus.
I'm so tired of being alone
Mam tyle ciepła, że aż dostaję gorączki. Chcę ci je oddać.

skomentuj (0)

Walentynki 2012-02-14 22:56:01

W poprzedniej notce mój fan, a raczej jakiś niezabawny gagatek zażądał notki z Walentynek. On już wie, że to Dzień Smutku.
Od rana starałem się trzymać fason mimo nieskrywanej nienawiści. Jeszcze nigdy bowiem nie świętowałem tej komerchy z kimś u boku. Oczywiście, w tym roku nie miało być inaczej. Postanowiłem podejść jednak do wszystkiego z uśmiechem. Najpierw zarzuciłem na fejsbuce śmiesznym statusikiem, a potem doprawiłem całość piosenką Single Natashy Bedingfield z dedykacją dla moich byłych i niedoszłych.
Prawda jest jednak taka, że tego dnia wcale nie jestem wyluzowany. Jest mi przykro, smutno, po prostu źle. Każdego owego niedoszłego chciałbym zapytać "dlaczego akurat nie ty?", a każdego byłego "czemu dzisiaj się już nie znamy?".
Dobrze, że Bóg zesłał na Ziemię ludzi rudych, a jak wiemy, rudzi ludzie są fajni. Dzięki temu spędziłem cudowne chwile z Sarną na seansie w kinie LAB w ramach VI Festiwalu Równe Prawa do Miłości; Lonesome Cowboys, zabawne. Niestety nie znalazłem kwiaciarki, coby Sarence sprawić różę albo jakiego innego badyla, ale wszak Sarenka na mrozie nie może - nie dziwota zatem.

Może to dobrze, że nikt mnie dzisiaj nie rozpraszał i nie odciągał od obowiązków, ale... ja chyba własnie pragnąłem, że ktoś mnie w końcu gdzieś porwie.

skomentuj (5)

I'm weightless 2012-02-12 03:38:01

Szkoła dorastania: kurs przyspieszony.
Ten weekend dużo znaczył. Weekend... ha, półtora dnia. Z dna pod chmury. Z chmur na ziemię. Na proste, silne nogi.
Gdyby Natasha Bedingfield była mężczyzną, chciałbym być jej mężem.
Za dużo kreuję w swojej głowie, ale chyba przynajmniej wyzbywam się pokusy nadawania myślom nadprzyrodzonych właściwości.
Mam klub antyfanów, trudno.
Nikt tego już nie czyta, a przynajmniej nie dzieli się ze mną swoimi przemyśleniami. Trochę szkoda, to jak wydawać resztę a może być bez grosza?
A: Oooo, potrafisz gotować?
Ja: Nie, ale umiem kochać.
Kto to chce, ten weźmie. Mieć możliwość kochać znaczy więcej niż być kochanym, moim zdaniem.
Lektorat: Dojrzałe wybory.

skomentuj (6)

Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.